środa, 4 stycznia 2017

Hygge, czyli przytulne, domowe kąty, ale po polsku. Po mojemu.

Funkcjonalność, jak i sam obraz czterech kątów Czekoladowiska ewoluował, by osiągnąć w miarę stabilny stan. W miarę, bo w domu ciągle coś się dokłada, domurowuje, remontuje. Wciąż. 
Obecnie jednak zamieszkała z nami domieszka wanilii, bladego naściennego błękitu, pozostawionych i dotapetowanych tu i ówdzie gazet w pomieszczeniach, oraz... i tu nikogo nie zaskoczę czekoladowego brązu. Duńskie hygge, czyli tłumacząc na nasze-poszukiwanie szczęścia, zaczyna się podobno w domu.
I dobrze. Zakątki, które zachęcają do tak zwanego "klapnięcia na dłużej" wpisują się w ten scenariusz doskonale.  
Mój kochany brąz, jest jak najbardziej naturalna barwą, a wszystkie kolory ziemi należą do ulubionej palety, chociaż kto wie, być może któregoś dnia zdecyduję się na jakieś pomarańcze, kurkumę, czy kolory orientu?







Na razie jest leniwie, a zakątki z włochatymi kocami i poduchami zachęcają do zagrzebania się w fotelu z książką i herbatką. I to w pożądanej wersji slow... Baaardzo sloooow... Po powrocie z pracy wyciszenie decybeli wzrosłych do poziomu startującego odrzutowca, z powodu radosnego głosu moich szkolnych, kochanych "dziecioczków", jest jak najbardziej pożądane. ;)  Czternaście szescioletnich "chłopulków" i 11 małych, rezolutnych "babeczek", jest w posiadaniu niezwykłych rodzajów mocy wokalnych ;) 






Za oknem zaś zabieliło się nieco, a niejaki Axel duje niemiłosiernie.  Mam wrażenie, że orkan Barbara, to nic w porównaniu ze złowrogim dźwiękiem hulającego w szczelinach wiatru.









 Zostawiam dobre słowo całym  Internetom  wraz pomrukiem  koteła puchatego. 

Aga.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Jak zacząć żyć, czyli... the less I care, the happier I am.

Spacerowo, leśnie, rodzinnie… Połażone,przełażone, przegadane…:
- Czy Ty czasem nie prowadziłaś kiedyś swojego blogaska?
- Taaak, tak, ale zarzuciłam to. Jakiś czas temu… Splot tych wszystkich niegodziwości, tych rzeczy... wiesz...
- Aaa, no tak. Taaak..., ale gdybyś zechciała..., bo ostatnio natknąłem się na niego 
w necie...









Czasem tak się zadziewa, że potrzeba jeszcze i jeszcze większej niż zazwyczaj ilości dystansu.

Czasem powodem tego jest jakaś iskra, taki mały malusieńki ogieniek po paśmie nieszczęść. Taaa, paśmie. Lawinie niemal!

Czasem też czas i rzeczony dystans, a więc umiejętność przyjęcia całej setki porażek,
bólu, wściekłości, to długa, ciągnąca się w nieskończoność nauka konfrontacji  z realnością. 
Doświadczanie tego stanu, tkwienie w nim nie pozostaje bez echa. Wszystko bowiem wraca. Więcej. Wszystko to ma odzwierciedlenie  w niczym innym, jak poczuciu bycia bezbronnym. A potem z prędkością bumerangu wskakuje na kanapę w salonie smutek. I siedzi tam, siedzi domagając się przy tym ciągłej uwagi. Pół roku, rok, dwa…  
Tkwi tak długo, by zmienić się w stan  depresyjny. 
Chwilę później zaś przybiera numer jednostki- jakieś F ileś tam. 
Choć przecież  nie wygląda! 
Bo z twarzy wyziera cudowny, perlisty uśmiech, extra rada dla kumpeli, bezmierna  i bezbrzeżna radość domalowana wraz z codziennym makijażem, dobrze dobrana kiecka, pazur w sam raz. Życie można by rzec. 




Każda jednostka, a więc również i ta ma swoje wznowy. Podobno. Jednak przy odrobinie dobroci do siebie oraz chęci jej przyjęcia od przyjaciela, kimkolwiek on by nie był- mężem, sąsiadką, setnym znajomym, ale jednak anonimem z fejsa, a także jednej cesze- nie jest to takie oczywiste.

Co to za cecha? Już mówię. To zaciekawienie. 
Zaciekawienie z nutką dziecięcej radości. 
Ciekawość wszystkiego, ale zgodna z własnymi fascynacjami, zainteresowaniami i typem siebie. Nie musisz być dla wszystkich,  nie bądź świetną, perfekcyjną babką, nie żyj dla akceptacji innych. 
I pozbądź się tych wysysaczy, wyzyskiwaczy, pseudo znajomych, energetycznych wampirów, którzy bynajmniej, nie są Twoimi serdecznymi przyjaciółmi, ale to wszystko wiadome, fafa- rafa…, Ameryki nie odkryłaś… 
To przecież jasna i prosta sprawa! Proste?  Nieeeee... Raczej nie.  





To strasznie trudne! To monumentalny wysiłek zwłaszcza, że sam musisz dojść do takich, a nie innych wniosków. Niby proste, łatwizna. Luz.
Jednak to tak, jakby duszącemu się powiedzieć: oddychaj, to łatwe!
To tak, jakby tracącemu wzrok,  rzec: zmruż oczy- uda ci się! 

Jeśli jednak pewnego dnia zaczynasz rozumieć, że TU i TERAZ jest tym, na czym należy się skoncentrować- jest nadzieja. A potem pomału, krok za krokiem dostrzegasz zależność, że im mniej się przejmujesz, tym jesteś szczęśliwszy. I jakoś zaczyna się układać... 


Ciesz się, jak dziecko. Żyj.
Do roboty więc. Szkoda czasu.  
Nic nie stracisz, a i z czasem dochodzisz do tych wszystkich oczywistych oczywistości, że znów posiadasz umiejętność dostrzegania prawideł w życiu. 
Bez pędu, biegu, zrywów. 
Aaaa. I odpuść sobie. 
Wygraj siebie na nowo.
Kształtuj  swojego człowieka, bez tej przesadnej perfekcji.


Cześć. Mam na imię Aga. J A Ty? 

niedziela, 7 czerwca 2015

Zrób to sama, czyli...jak zagospodarować przód domu... nowa funkcja sprężyny od fotela.

Ostatnie chwile długiego weekendu- korzystamy, ile wlezie. Mak-sy-ma-lnie.
Jesteśmy jeszcze na off-line, ale już nie całkiem w 100 %.  Obowiązki pomału wypierają błogość lenistwa, internety chętniej zapraszają, dom woła.
Właśnie dom.
Pomalutku, ale  systematycznie postarzamy naszą małą przestrzeń,
aranżujemy, ogród, przedogródek. Wyszukujemy detale, by dekoracja domu była po prostu nasza, w miarę nietuzinkowa i niemasowa.
Są ku temu powody.

Powód No 1.
Podstawy.
Całość ma mieć posmak starej chałupy, choć to przecież nowy, kilkuletni dom,
który nadal oswajamy.
Dlaczego wybraliśmy taki wizerunek?



Chyba  z powodu silnych więzi z babciami, które często ostatnio wspominam. Pielęgnujemy te wspomnienia, umacniając  swoje korzenie.  Trochę celowo, trochę  bezwiednie, ale tak trzeba.
Nie istniejemy bez solidnych podstaw,
a wszystko im przecież  zawdzięczamy. 

Babcia.
Ze swoją koronkową firanką, dreptaniem w kapciach, przemijaniem.
Kocham czas z Nią związany. Rozpominam. Tęsknię, co podobno jest oznaką nie do końca zamkniętej przeszłości.
Tylko, po co zamykać coś, co dobrze nastraja?
To nie jest zwykła tęsknota  za czymś dobrym, dziecięcym, acz bezpowrotnie minionym.

To jest tęsknota za smakiem pomarańczy w grudniu 1980.
Szczęśliwym i roześmianym czasem. Beztroskim dniem, kiedy to nie trzeba było dzwonić po znajomych, bo i tak każdy wiedział gdzie, kto jest.
To jest tęsknota budująca i ciepła.
Chcemy takiego domu właśnie. Ma się kojarzyć z wygodnymi kapciami i piżamą w niedzielne przedpołudnie. I zapachem rosołu w niedzielę. 
I jeszcze z kakao i czekoladą wieczorną. Solidnie posłodzoną. ;)))









Z zapachem drewna i płotkiem ze zmurszałymi plamkami. Powstał z palet i dobrze się ma.
Prosi się o odświeżenie, ale wtedy byłby za nowy... ;)










Łysy człapiąc z kubkiem kawy: " Cooo? Siedzisz sobie z kocykiem? Miętosisz się?"
Ja: "Nom. Przyjemnie jest. Składam myśli do kupy i planuję"
Łysy: "Coo...?"
Ja: "Jak się tutaj nieporządnie razem zestarzeć :)  :*"
Ł:" Jesteśmy na bardzo dobrej drodze. <całus> "


Powód No 2.
Preferencje.

Łysy Pan Domu jest podobnie, jak ja typem człowieka, co to za długo nie usiedzi na tyłku.
W ubiegłoroczne wakacje na Kaszubach wytrzymaliśmy...2 dni. Pierwsza połowa wakacji składała się z chlapaniny w jeziorach, połowie ryb w jeziorze, chlapaniu się w jeziorze , wieczornym paleniu drzewca i zgłębieniu tajemnicy powstawania piwa. Druga połowa natomiast, to powolna, zakorkowana podróż z powodu plackowatego  remontu jezdni.

Co kawałek: kocie łby, potem asfalt. I tak dobre kilka kilometrów. To był jednak przyjemny czas, bo wracaliśmy do siebie. Do domu.




Najlepiej tutaj odpoczywamy.

A co z resztą świata?
Co z podróżami i uroczymi zakątkami krajów, o których tak wiele onegdaj rozmawialiśmy?
Są!
Na blogu u Pastelowej Kropki, Magdy Allthingspretty, Decofobii ... , pocztówkowo i skypowo od starego druha- Seby z Holandii i Madzi na klifach. Są. :)!

Są u cudnych osób, do których czuję miętę i rumianek, i które to w dużej mierze zaspokajają moją ciekawość. Resztę zrobi wyobraźnia i wujek Google.
I tak jest dobrze. Tak jest chyba szczęśliwie. Choć przecież każdy  inaczej pojmuje szczęście.
My w każdym razie najchętniej odnajdujemy go w Płazim, Czekoladowiskiem zamiennie zwanym. Autorstwo nazwy domu przypisane jest Krzyśkowi. Czemu tak?- nikt nie dopytuje. Jest, jak jest.
Tu się inspirujemy, tu rozwijamy wyobraźnię, strzelamy pamiątkowe foty- robimy wszystko, co sobie tam zechcemy.




Ostatnie chwile działalności odbywają się na przedzie domu.
Przód, jak to przód- musi być kurka blada reprezentatywny. Cokolwiek to znaczy. ;)
Albo inaczej. Powinien nawiązywać i określać styl chałupy.
W tym przypadku jest... swobodnie...

bo, mimo wielkiej miłości do aranżacji i architektury...nie całkiem celebruję aktualne trendy, a same prawidła urządzania wnętrz, feng- shuie i inne takie jakoś się nie sprawdzają. Bardzo mi przykro, chociaż nie. Nie bardzo. ;) Nie zgadzam się też za bardzo  z przeczytanym internetowo  w maju , 
w czasopiśmie wnętrzarskim tekstem, że wartościowy i nienachalny design musi być prosty. Reszta bowiem przypomina skład mebli, czy sklepy ze starzyzną. Nie. 
Moje chwyty i tylko moje chwyty są tutaj dozwolone- reszta po prostu musi być poddana moderacji. I już. :-D 
Wszystko ma spełniać nasze oczekiwania, bo to nasz dom i nasz styl. ;) 






W Płazim "prowincjonalnym muzeum" jest dziura poniżej framugi pomalowanej  w pół godziny, bo tak jest dobrze i nikomu ona  specjalnie nie przeszkadza. Są wypalone przez lokalnego, ludowego artystę tandetne latarenki... jest również  ganek ze Staśkiem, który pilnuje szczęścia w domu- ostatnio poszedł na wartę przy  parawanie KLIK.
Jest stara klamka w drzwiach wewnętrznych- prezencie od kumpla zwanego Lelem: "żebyście mieli cieplej" ;)
Łysy Pan po zbudowaniu ganku- zamontował je. Poprosiłam, by wyciął środkowy pion kwadracików i wstawił szyby. Koszt?
Żaden. Nie da się tego wycenić. Życzliwość, dobroć i przychylność, podobnie, jak przyjemność pracy dla domu- nie do określenia.  ;)


Powód  No 3.
Postarzaj sobie do woli, czyli
DIY:  STARE- NOWE DRZWI



A pro popo Lelowatych drzwi i kraty na nich.
Zlazłam przedweekendowo do czeluści piwnicznych i napatoczyłam się na sprężyny po jakimś fotelu, po dziadku.
Już kiedyś raz się napataczałam na nie porządne i zarejestrowałam na twardy dysk, że przedmiot taki leży sobie i zerka. Po ostatnim zaś przypałętaniu, wzięłam w łapki rzeczoną sprężynę i zdecydowałam, że zawiśnie. Na Lelowatych drzwiach.







Sprężyna po docięciu,  wycięciu , przykręceniu  zamiast w fotelu, ulokuje się na drzwiach wejściowych.
Łatwa i szybka metamorfoza- drugie życie bezużytecznej  rzeczy :-) ;-)









Czy wiedzą Kochane Moje Państwo Czytające, że znowu gościmy świerszcze? Piękne brzydale. 
I jeszcze świetliki, których uroda rozkwita pod lampą w nocy.
Doooobry  czas nastaje. Spokojny. 



Dobrej niedzieli- pogoda znów się pięknie klaruje!
Korzystajmy.

Ciao!
<3 <3
 :*
Aga Pe.









czwartek, 4 czerwca 2015

Morze Bałtyckie.

Ilekroć jedziemy nad Morze Bałtyckie, coś takiego robi mi się w środku, że w zasadzie trudno nie nazwać tego inaczej, jak  wzruszeniem. Morze mamy rzut beretem od domu...,  a jednak.

Wycieczka, jak to wycieczka zawsze obfituje w niespodzianki. Zawsze jest jakaś przygoda, zdarzenie. Dziś też tak było.

Już od startu zadziewały się rzeczy niezadziewalne na co dzień.
A to nietypowo wyparował sprzęt rejestrujący, a to powrót po raz 5-ty niemal  na  tak zwane siku,
bo rzeczony rzut beretem okazuje się niewystarczającym argumentem na nieelegancję sikania przy E-7, a to rubaszne, nieoczekiwane "pierpanie" rury, czy czegoś tam pomiędzy kołami auta...
Za to sam fakt długiego weekendu czerwcowego jest wspaniały, a już to, że środa okazała się piątkiem- re-we-lac-ją na miarę wynalezienia ognia. 

Moje chłopy mniej wzruszone. Starszy po przyjacielskim spotkaniu zapragnął wyciszenia w domowych pieleszach, zaś młodsza Progenitura gotowy do drogi.  Gotowy i z  mocnym postanowieniem, że wlezie do wody. Płetwy też wziął. Hm.
Dla przypomnienia 4 czerwca 2015 roku:  temperatura wody wynosi mniej niż zapowiadane 12 stopni.

Jedziemy. Po drodze mijamy leniwych rybaków i majestatyczne pole wiatraków. Zapowiada się ładny dzień.




 Już blisko, bo powietrze staje się rześkie, zdrowsze.
Blisko do Stegny- mojej ulubionej mieścinki na Mierzei. Od ponad 20 lat.
Rozrzewnienie osiągnęło 750, w skali 1-10.
Nie mogę się oprzeć i cykam foty  przepięknym, historycznym budynkom.
To czyjeś domy. Oazy spokoju.
Domownicy z wielką atencją walczyli o zachowanie wielu detali.
Nie wiem, czy nie większym kosztem będzie wycena  serca włożonego w to piękno.
Kunszt roboty jest zadziwiający.

Nie tylko ja- wariatka stoję dłuższą chwilę, gapiąc się z rozdziawioną gębą. Jest jeszcze para młodych ludzi. Resztę wywiało- wiadomo dziś święto.










Tu nawet posterunek policji jest piękny i ... różowy.



W mieścince trwa msza.
Dziś Boże Ciało- święto manifestacji wiary dla wszystkich katolików, jednak
takiej manifestacji moje oczyska nie widziały nigdy wcześniej.
Nie mogłam się powstrzymać i nie obfocić ( zdjęcia niżej) zjawiska mieszania się kultury , bo o zaniku jeszcze chyba trudno tu mówić?




  Ale zanim miks zdjęć z obrazkami, świętościami i kwiatami na cześć Święta dzisiejszego, wzmianka o parkingu. Jest trudno. Płatność? Owszem, chętnie uiszczę tylko gdzie jest Pan Kasjer?
Szukamy alternatyw. 




Dobra. Parking odpada.
Decydujemy się na porzucenie autka pod wszechobecną Biedronką i śmigamy na pieszo.
To pozwoli nam na pobycie ze sobą- przedsmak dzisiejszego słodkiego, błogiego lenistwa.
Po drodze rzeczone wyżej ołtarze. Wiejskie, przydroże- same w sobie są urocze, zapisane w tradycji ludowej, ale ...
Nie jestem antykatolem, źle nastawionym obywatelem, moherem i niemoherem.Wyrosłam w tradycjach kultury, gdzie po procesji cała rodzina z pachnącymi gałązkami wierzb spotykała się na obiedzie u babci- pielęgnując wartości bliskie przodkom.
Nie było w tym jednak egzaltacji oraz nieumiarkowania. Chociaż...może ktoś ma inne zdanie.
Zresztą pozostawiam opinię Kochanym Czytającym, Zerkającym, Potomnym.
Co tym myślą? 
Czy nie odnoszą wrażenia, że miejscami to... lekka przesada?








.............................

Mapka mimo znajomości Stegny, jak najbardziej przydatna!
Krzyśko może wytyczyć trasę, co wcale nie jest takie proste- założyliśmy, że znajdziemy się na plaży w określonym czasie. Od centrum jest tam parę kilometrów. ;))




No, co kochany Dziubulki? To nie potrwa 5 minutek. Godzinka, jak nic. Tata już wytrzelił- tylko mu się  łysiejąca potylica świeci ;)




Jest!!! Że myśmy wcześniej tej lampy nie widzieli?
Dla niektórych złom, dla nas relikt minionej epoki- mam wrażenie, że wiele oświetlała ;))




Piękna pogoda, dość słabo wieje.
Przysiądziemy na porządny kubas kawy i podgrzewaną szarlotkę z lodami i bitą śmietaną.
Łysy: Dobra kawa.
Ja: Mmm. Pachnie. Posłodzisz mi?
Łysy: Oczywiście, rozrósł Ci się lekko biceps, skarbie..., tak zauważyłem ;) Krzysiu! Jest już ciacho!
Mieszam cukier kulturalnie łyżeczką. Aromat- wspaniały.
Ja : Słuuuuchaj... przypominam Ci, że wielu mężczyzn byłoby zainteresowanych moim bicepsem, jak również, że to jednak Ty w mojej osobie złapałeś Pana Boga za nogi, także tego... Jakieś ąse Słoneczko? :-)))
Łysy: <uśmiech>. Już mniejszy.
Żartowniś, kurka blada... W każdym razie 1:0 dla mnie ;-)))




 Faceci...  ;)))


Jeeeeestttt!!! Czujecie to?
Mam znów motyle i pełno piłek w brzuchu. Dech mi zapiera i jestem szczęśliwa!

Cała plaża dla nas!  Cały Bałtyk szumi dla nas!
Dla nas... i jakiś 10 tysięcy innych spragnionych tych walorów. ;-P
Nie szkodzi. Bombowo jest.





Ja: Yhym...Co to takiego? Jakieś tuneliki? Wstęp do fosy bez zamku? ;)
Łysy: Przekop Mierzei robię- ktoś musi zacząć. :P





 Zapomniałam poduszki. Taka sytuacja.












  Czy to nie jest najpiękniejszy 11-latek na świecie?  ;-))) <3!




Tradycją naszych wyjazdów jest konsumpcja nadmorska.
Nie jest to dorsz, śledzik, flądra- to mamy w domu.
Tradycją nie do przełamania są... gofry!
Gofry z frużeliną serwowaną lat temu...kilka powiedzmy, już nie istnieją, ale z bitą śmietaną- owszem.
Po pożarciu, chwila na durnoty i głupawki- drobne zakupy i pamiątki.
Coś jest jednak nie tak...

Ja: Co tak śmierdzi?
Łysy: Ryby smażą. Nic nie śmierdzi.
Ja: Coś Ty! Wali, jak z obory- mówię Ci. ;)
Krzysiu: Mamo! Wzięłaś muszelki i badylki okrągłe?
Ja: Pewnie, Kochanie!
Wpatrujemy się w kolejne stoiska, śmiejemy- jest beztrosko. Dobrze, po prostu.
Łysy: To jak pójdę po autko, a Wy sobie pobuszujcie tutaj. :-D
Poszedł. Buszujemy.
Krzysiu: Co tak śmierdzi?
Ja: Ryba. Podobno, to ryba.
Krzysiu: Ryba??? W życiu nie zjem ryby.
Ja: Przestań Dziubulki- ryba jest pyszna.
Chodź kupimy sobie jakiś drobiazg szalony. Gdzieś miałam portfel...
Krzysiu: W torbie, mamuś. Aaaaale śmierdzi...jjjaaaa...!
Sięgam do torby.
Kurczę, wysypały mi się wszystkie muszelki. Szlag. Zawsze się wysypują. I badylki też.
Jedna jest twarda. Dziwna trochę. Ładna za to. No i ocalała!
No, co to jest żeby takie rzeczy... ,
jedna muszelka na powitanie sezonu Anno Domini 2015...? Bez sensu, zupełnie.
Ale to powietrze tutaj.. .jest... w tym roku dziwne...
Gówno!- wrzeszczy Krzysiek- normalne, gówno!
Ja: Jak Ty się odzywasz?! Oszalałeś? Załóż tę maskę- może nikt Cię nie rozpozna z tą rozdartą plapą! Matko...kochana... Gdzie ten ojciec podział się...w ogóle?
Krzysiek: Ktoś do naszej muszelki... nasr..robił!
Ja: Cooo???
Ooo,  nieee. Nie wierzę... Fu. o_O!
10 tysięcy osób. No, może 5.
 Nikt. Ja. Tylko ja znajduję muszelkę, która... do którek... łoooo...


Torba wyrzucona- wracam z jakąś reklamówką. Ygh!
Toaleta dłoni wykonana maksymalnie- nic nie zmieni mojej miłości do morza. ;)
Zdjęło mi w zasadzie wierzchnią warstwę skóry, ale trwam.
Trwam, kurka! :P










Baterie naładowane :-)))))

Odpoczywacie? Dobrze jest?

My w zasadzie też. ;-))  Dobry dzień, to taki, który się wspomina, a nie o nim marzy. ;-)))
Pozdrawiamy zatem  i uciekamy w dalsze weekendowe tany-
 Piękni czterdziestoletni ;-) i Krzyś, czyli 3/4 Płaziego.